Na przełomie XIX i XX wieku świat świat mistrzów obiektywu podzielił się na dwa obozy. Pierwszy pozostawał na stanowisku, że fotografia jest sztuką dokumentacyjną, że jej charakterystyczna cecha jest mechaniczność zapisu, jego obiektywizm. Druga strona tego sporu - nazwijmy ja "obozem postępu" uważała, że fotografia jest niezależną dziedzina sztuki, niezależną. Zwykła odbitka może być piękna i choć może dowieść ponad wszelką wątpliwość, że jej autor jest naprawdę artystą - sama w sobie jednak nie może być dziełem sztuki. Tyle już razy słyszałem, jak słowa "piękne" i "artystyczne" traktowano niczym synonimy, sądzę więc, że należy wreszcie z naciskiem wykazywać dzielącą je radykalną różnicę znaczeń. Całkiem niedawno przeczytałem w pewnym artykule o amerykańskiej fotografii piktorialistycznej takie oto zdanie: W naturze obok siebie stoją piękno, pospolitość i brzydota, a tym, który ma intuicję, by je rozpoznać, a także dar i zdolność do ich rozdzielenia i przekazania nam tylko piękna, jest artysta. To by skłaniało nas do przekonania, że Rembrandt malujący "Lekcję anatomii" pokazał dowodnie, iż nie jest artystą. Czy bowiem jest w naturze coś brzydszego od zielonkawego, na pół wypatroszonego trupa, albo coś pospolitszego od gromadki odzianych na czarno mężczyzn stojących wokół stołu? A jednak wynikiem połączenia brzydoty i pospolitości jest jedno z największych arcydzieł malarstwa. Bo jest ono rezultatem ingerencji artysty. Gdyby Rembrandt namalował tę scenę tak właśnie, jak zobaczył ją był w rzeczywistości, to z pewnością przekazałby nam swoje wrażenie z jej oglądania i wzbudził je w nas. Byłby to niesmak - być może zmieszany z podziwem dla sprawności oka i ręki kopisty, wszakże bez śladu poczucia artyzmu. Zmieńmy teraz okoliczności i weźmy za przykład motyw tak piękny jak zachód słońca. Czy sądzicie, że zachody słońca Turnera były naprawdę takie, jakimi on je namalował? Czy sądzicie, że gdyby namalował je tak, jak je widział, a nie jakimi je odczuł wspominalibyśmy go jako artystę? [...] Wybierzcie teraz człowieka, którego uznajecie za pierwszego na świecie artystę-fotografa krajobrazu. Zakładamy, że kierując się swoją artystyczną naturą i nabyta umiejętnością postrzegania, wybrał najwłaściwsze miejsce i porę dnia. A teraz wyobraźcie go sobie otoczonego przez kilku przedstawicieli fotograficznego pospólstwa, które do swej dyspozycji ma ten sam aparat i obiektywy, co sam mistrz. Wyobraźcie sobie nędznego naśladowcę który ustawia swój statyw w dziurach, które w ziemi uczynił aparat artysty, wykonującego to samo zdjęcie naświetlane tym samym czasem. Czy sądzicie, że obaj są zwykłymi fotografami tworzącymi zwykłe odbitki? Któż zdoła później ocenić które zdjęcie wykonał artysta, a które jest dziełem tego drugiego? Wystawcie sobie jednak artystę opracowującego swój negatyw w gumie czy bromoleju albo tworzącego w platynie wywoływanej gliceryną [Demachy odwołuje się tu do jeszcze jednego historycznego procesu fotograficznego zwanego platynotypią. Odbitki wykonywane w tej technice wywoływano posługując się gliceryną. Dawało to możliwość lokalnych zmian w tonacji obrazu - przyp. tłum.]. Jeśli posłużył się tymi metodami, to jego zdjęcie na wskroś będzie nosiło jego piętno - drugie zaś będzie nic nie znaczącym głupstwem. Pierwszy bowiem uczynił dzieło sztuki z banalnie pięknego widoku, drugi prawdopodobnie popsuł to piękno i nie wniósł w nie żadnej sztuki. Dwa są morały tej historii. Pierwszy - piękna zwykła odbitka może być dziełem człowieka niezdolnego do stworzenia dzieła sztuki, a drugi to prawda, że zwykła odbitka nie może być dziełem sztuki, nawet jeśli jej autor jest artystą. Możecie odpowiedzieć: przecież gumę czy olej artysty może skopiować cierpliwy i wytrwały kopista, tak jak ten wspomniany już piękny motyw ukradziony prawdziwemu artyście - a więc proszę bardzo, spróbujcie. Wiem o człowieku, który kopiował Steichena tak pracowicie, że odtwarzał nawet płócienny wzór papieru z jego portretów wykonywanych w gumie. Nie chciałbym nawet wspominać wyników. Nie jeden, lecz wiele razy słyszałem, że sam wybór motywu wystarcza do zmienienia mechanicznego ze swej natury pozytywu w dzieło sztuki. To nieprawda. Prawdą z całą pewnością jest zaś to, że starannie wybrany motyw (piękny, brzydki, albo pospolity, lecz dobrze skomponowany i oświetlony) jest konieczny dla przemiany prowadzącej ku dziełu sztuki. A to nie to samo. Nie, nie można uciec od konsekwencji poprzestawania na kopiowaniu natury. Kopista może być artystą, lecz jego dzieło nie jest dziełem sztuki. Im dokładniejsze, tym będzie gorsze. Nie wszystko w zwykłej odbitce z artystycznego punktu widzenia jest złe. Niektóre wartości są często oddane wprost świetnie, niektóre "przejścia" od cienia do światła są doskonałe, rysunek zas będzie w nich dobry - jeśli tylko dobry obiektyw umieszczono we właściwej odległości od motywu. Czegoś jeszcze jednak tu trzeba, czegoś niesłychanie ważnego, skrajnie trudnego do opisania słowami. Jeśli się to widzi, to słowa są tu zbędne. Jeśli tego się nie ujrzy, to i wówczas słowa są niepotrzebne - bo po prostu tego nie wyraża się słowami. Ale przecież sąwady spowodowane nie tylko przez nieuniknione ludzkie pomyłki, błędy naświetlenia i wywołania, lecz i przez samą fotografię, fotograficzne wady w oddaniu wartości tonów filmów i matryc. I co uczyni "czysty" fotograf, gdy odkryje wszystkie te słabości? Jeśli z szacunku dla praw bogini czystej fotografii zezwoli im na pozostanie, będzie wówczas kapłanem tej bogini, lecz czy będzie można nazwać go artystą, wiernym ewangelii sztuki? Wierzę, że zaświerzbią go palce, by zmienić te tony, ściemnić niepotrzebne miejsca, chyba, że te świerzbiące palce zostałyby mu amputowane - zgodnie z dyktatem George'a Bernarda Shaw [Pisarz był miłośnikiem i znawcą fotografii, sam również tworzył zdjęcia - przyp. tłum.]. Może jednak nie uczynić tych rzeczy - przecie zabrania mu tego Prawo Zwykłej Odbitki. Wniosek jest dość prosty, nie ma drogi pośredniej pomiędzy mechaniczną kopią natury a jej osobistą transkrypcją. [...] Z drugiej jednak strony zbyt wielu piktorialistów uważa, że jakakolwiek zmiana w fotografii , choćby najgłupsza - już dowodzi artyzmu. Prędzej czy później pojawi się umiarkowana szkoła piktorializmu. fot. Robert Demachy La vérité est en marche, mais elle marche lentement [Prawda nadchodzi, choć nadchodzi nieśpiesznie] [...] na podstawie: http://www.guma.powernet.pl/historia/DemachyR.htm Piękno motywu w naturze nie ma nic wspólnego z tą szczególną właściwością, która sprawia, że mamy do czynienia z dziełem sztuki. Tę specjalną własność dodaje jej wyrażający siebie artysta. Sztuka jest rzeczą ludzką, subiektywną, a nie obiektywną. Jeśli człowiek niewolniczo kopiuje naturę, nieważne ołówkiem czy fotograficznym obiektywem, to może być wspaniałym artystą, ale jego praca nie może być nazwaną dziełem sztuki. Robert Demachy "Camera Work" 1907, nr 19
|